|
JAK VICE MARSZAŁEK ROMASZEWSKI
STAJE SIE KOMUNISTĄ
W trakcie badania przez Trybunał Konstytucyjny zgodności ustawy z 23 stycznia 2009 r., zwanej często w mediach bezsensownie „dezubekizacyjną", wystąpiło sporo kluczowych problemów natury prawnej, które sędziowie próbowali wyjaśnić. Czy sobie wyjaśnili, to już inna sprawa. Zasygnalizuje niektóre z nich.
Jeden z sędziów pytał, czy w okresie bezpośrednio poprzedzającym wniesienie do laski marszałkowskiej projektu ustawy wydarzyło się coś, co uzasadniało szczególną interwencję ustawodawcy wobec nowego problemu albo konieczność dokonania ponownej regulacji już istniejącego ? Mimo usilnych starań rzecznika Sejmu oraz przedstawiciela Generalnej Prokuratury, pozytywnej odpowiedzi na pytanie być nie mogło, bo nie wydarzyło się nic osobliwego. Jedynym „wydarzeniem", które wydarza się już od 21 lat, jest przemożna i nieustanna chęć odpłaty „komunie".
Leszek Miller w swym blogu wspomina o odmowie L. Wałęsy podpisania pokrewnej ustawy z 1992 r. i o przedstawionej przez niego motywacji. Wtedy jednak głównym ekspertem Wałęsy w dziedzinie prawa był Lech Falandysz, który owszem, prawo falandyzował, lecz mimo wszystko prawnicze sztuczki ustępowały u niego miejsca zwykłej ludzkiej uczciwości i podstawowym zasadom prawa, których już nie gmatwał.
Sprawa zabiegów wokół ustawy przypomina nieco stosunek historyków do przeszłości Polski. Dla tych, którzy elementarnych zasad przestrzegają, trwa ona nieprzerwanie od Mieszka I (symbolicznie rzecz oczywiście traktując) i choć krętymi drogami zmierzała do dnia dzisiejszego, to ich wysiłek skupia się na ukazywaniu meandrów, ich przyczyn oraz skutków. Dla historyków wynajętych przez różne polityczne ugrupowania w rodzaju PiS i PO, Polska owszem trwała od Mieszka I, lecz w 1944 r. wpadła w czarną dziurę, nie było jej aż do 1989 roku, i dopiero rząd Tadeusza Mazowieckiego (choć też z zastrzeżeniami) ujawnił ponowne jej istnienie. Nie wspominam już o „historykach" z IPN bo młodym ludziom żądnym kariery nie tyle wybaczać można, co starać się zrozumieć ich gotowość okupienia sukcesu wszelkimi środkami.
Drugim kolejnym problemem była sprawa preambuły do ustawy z 23 stycznia 2009 r. Preambuła jest wstępem do aktu prawnego o tyle mającym istotne znaczenie, że opisuje intencje prawodawcy, okoliczności i powody wydania aktu oraz cele, którym ma służyć. Utarło się wśród prawników przekonanie, że im dłuższa i bardziej dęta preambuła, tym akt prawny jest mniej wart, a napuszony język wstępu ma osłaniać wszelkie jego słabości. Nie bez powodu Chrystus w swych Kazaniach na Górze powiadał: Wasza mowa niech będzie: Tak - tak, nie - nie. A co nadto, z zepsucia jest. Nie ustrzegli się więc nabożni projektodawcy ustawy z 23 stycznia 2009 zepsucia i wyfasowali dla tego niezwykle formalnego, bo w istocie tylko wprowadzającego zmiany we wcześniejszych regulacjach przepisu, zadęcia ponad miarę. Można to nawet policzyć z dokładnością do dwóch miejsc po przecinku. Preambuła Konstytucji RP, a więc aktu o podstawowym dla państwa znaczeniu, liczy 232 wyrazy, co w stosunku do 13143 wyrazów czystego (bez nazw rozdziałów i numerów artykułów) tekstu konstytucji stanowi ledwie 1,73 %. Tymczasem preambuła „marniutkiej ustawki" z 23 stycznia 2009 r. ma 125 słów, co wobec 902 słów czystego teksu tego przepisu stanowi aż 12,17 %. Ile zatem trzeba się było nałgać, żeby aż tak bogato łgarstwo osłonić !
Podnoszono w trakcie debaty sprawy oczywiste, jak zakaz działania prawa wstecz i ochronę praw nabytych, nie będę się jednak rozwodził nad tymi fundamentalnymi kwestiami. Deliberowano wprawdzie nad zagadnieniem słuszności bądź niesłuszności nabycia praw, lecz tym wszystkim, którzy powątpiewają w tę słuszność przypomnieć wypada, że ustawa z dnia 18 lutego 1994 r. o zaopatrzeniu emerytalnym funkcjonariuszy Policji, Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Agencji Wywiadu, Służby Kontrwywiadu Wojskowego, Służby Wywiadu Wojskowego, Centralnego Biura Antykorupcyjnego, Straży Granicznej, Biura Ochrony Rządu, Państwowej Straży Pożarnej i Służby Więziennej oraz ich rodzin, okroiła wprawdzie nieco świadczenia b.funkcjonariuszom PRL, lecz istotę emerytalnych uprawnień potwierdziła. Tymczasem opierające się na chrześcijańskich wartościach PiS i PO, nie zawahały się z gęby państwa uczynić cholewę i drastyczną ich redukcję w parlamencie przepchnęły.
Nie podniesiono w trakcie obrad Trybunału Konstytucyjnego sprawy moim zdaniem niezwykle istotnej, stanowiącej ważny element prawniczego rozumowania. Otóż w zamyśle znaczącego redukowania emerytur funkcjonariuszom „organów bezpieczeństwa PRL" przyjęło się przywoływać zawartą w art. 2.Konstytucji RP zasadę sprawiedliwości społecznej. Artykuł ten stanowi: Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej. Spróbuję rzecz przełożyć z obcego na nasze.
Przytoczone zdanie jest na gruncie logiki tzw. koniunkcją czyli pewnym typem zdania logicznego. Istnienie „prawności" państwa - czyli respektowanie przez nie zasad i norm prawa oraz urzeczywistnianie zasad sprawiedliwości społecznej, są to dwa argumenty (składowe zdania), które muszą być prawdziwe (czyli realizowane), żeby całe zdanie było prawdziwe. W rachunku zdania logicznego mówi się, że jeden i drugi argument musi mieć wartość „1" czyli dodatnią, żeby zdanie będące koniunkcją było prawdziwe. Jeśli jeden choćby argument ma wartość „0" (czyli ujemną) zdanie takie jest nieprawdziwe. Zgodnie zatem z logiką i normami prawa art. 2 Konstytucji należy tłumaczyć tak: Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem, w którym urzeczywistnianie zasad sprawiedliwości społecznej odbywa się za pomocą obowiązującego prawa.
Tymczasem prawnicy in spe np. spod znaku wicemarszałka Senatu Zbigniewa Romaszewskiego ( jeden z najbardziej zacietrzewionych wrogów wszechkomuny) powiadają: prawo prawem, lecz jeśli nie odpowiada ono moim wyobrażeniom o sprawiedliwości, to się je zmieni.
Marszałek Romaszewski nie porusza się zapewne miejskimi środkami komunikacji i nie wie nawet ile kosztuje tramwajowy, autobusowy albo metrowy bilet w Warszawie. Gdyby jednak wsiadł do tramwaju z normalnym biletem za 2,80 PLN, a tu nagle pojawił się kontroler, sprawdził mu kwit i powiedział: ja pana poznałem, pan jest wicemarszałkiem Senatu, a więc człowiekiem bogatym, toteż powinien pan mieć skasowane dwa bilety po 2,80 PLN , to pan Vice Marszałek by się wściekł. A to jest, wypisz wymaluj, ta sama sytuacja, jak w przypadku ustawy z 23 stycznia 2009 r., a nawet gorsza. Bo jadę sobie oto tramwajem, mam przy sobie 3000 PLN przyznanej mi emerytury, a tu wsiadają kontrolerzy, łapią mnie za ręce, jeden z nich wyciąga mi z kieszeni 2000 PLN, pozostawiając tylko 1000 i oświadcza, że teraz tyle tylko zostanie mi na dalszą jazdę.
Ja rozumiem wciąż trwające oburzenie Vice Marszałka Senatu na to, co lud pracujący miast i wsi w początkach PRL uczynił w ówczesnym, biednym, ledwie poskładanym po wojnie tramwaju, w którym protoplasci dygnitarza III RP wciąż, jak przed wojną, chcieli się rozwalać w pierwszej klasie, a motłoch dalej miał dyndać na stopniach i polegiwać dachach pojazdu, czego ów lud nie zaakceptował. Czy jednak w uznawanej przez niego formule demokratycznej Rzeczpospolitej znów zasadą ma być odpłata pięknym za nadobne ?
Czy to znaczy, że gdy kiedyś do władzy dojdzie mój prapraprawnuk, a Vice Marszałka Senatu prapraprawnuczka będzie miała pałac, ten mój powinien mieć prawo wywalić tę jego zstępną na bruk w samych majtkach i staniku albo nawet bez?
Dodaj jako ulubiony (20) | Zacytuj ten artykuł na swojej stronie | Odsłon: 311
Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.6 Polska adaptacja JoomlaPL.com Team AkoComment © Copyright 2004 by Arthur Konze - www.mamboportal.com All right reserved |